Wjeżdżamy w Bieszczady i niekończące się szutry. Ja dzisiaj walczę z zakleszczającym się łańcuchem (2 razy go rozpinałem), Piotrek raz dopompowywuje (na bufecie) przednią oponę i łapie kapcia w TNT z tyłu (łącznie strata na zabawy ze sprzętem to ok. 10-15min). Po 20km zaczyna się już trasa, która będzie asfaltem i szutrem. Właściwie koniec terenu. Pozostała czysta siła i wola walki. Podjazdu na przełęcz Żebrak długo nie zapomnę. Przełęcz leży na wysokości ponad 900m i wiedzie na nią droga, która zdaje się zwiększać swoją stromiznę z każdym pokonanym kilometrem. Na metę docieramy na 3cim miejscu. 3 miejsce w generalce straciliśmy przez samowolne organizatorskie skrócenie etapu w dniu poprzednim. Dzisiaj dołożyli nam11min. Nawet nie patrzyłem już na wyniki, straciłem radość z tego. Pozytywem było to, że został ostatni etap i TC będzie zaliczona!
Nic z tego! Przychodzi Pan org i pyta: „Co wy na to jakby zakończyć ściganie na dzisiejszym etapie?” SZOK! Tłumaczy to tym, że ludzi są zmęczeni, że mają odciski…. JA PIERDZIELE! TO NIE JEST CYKL MARATONÓW U GRABKA, TYLKO TRANSCARPATIA (w każdym razie podobno). Czegoś takiego to się absolutnie nie spodziewałem. Mówimy: „Chcemy jechać!” On na to: „To wygląda, że jedna ekipa tylko chce się ścigać…” NO JAJA. Poszedł gadać z innymi. No masakra, co za pomysł. Ostatecznie mądra głowa wymyśliła, dzisiaj TC się zakończyła, a jutro jest freeride na przełęcz. Zupełnie po nic. Zupełnie bez sensu.