Później zaczynają się podjazdy na Wielką Sowę. Nie wiem ile razy i z której strony ją atakowaliśmy, ale to była istna rowerowa masakra. Zgubiłem gdzieś Piotrka i cisnąłem do 45km, gdzie był podjazd po płytach na szczyt (chyba już ostatni). Tam złapały mnie kurcze nóg...