Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że org nigdy chyba nie oglądał planowanych tras… odcinek z Miziowej (szlak koloru czerwonego) był czymś chorym. Ciężko, to tam się schodziło, a co dopiero zjeżdżać na rowerze ( a mam 150/ 150 skoku). Daliśmy się wyruchać, bo mogliśmy zjechać nartostradą i podjechać asfaltem na granicę, a nie bujać się po 40cm uskokach z rowerem na ramieniu. Jedziemy z pożyczonym gps’em, którego kompletnie nie potrafię obsługiwać. Jedyne co wiem, to jak wgrać do niego mapę (jak się potem okazało, to zupełnie wystarczyło). Od połowy etapu czujemy, że mimo, iż jedziemy lżej, to chyba jesteśmy dość wysoko. Podkręcamy trochę tempo i na metę wpadamy na 3ci (zespołowo) miejscu i tuż przed kolejną ulewą z piorunami…