Zjazd mija przyjemnie i szybko, choć chyba trochę się do niego już przyzwyczaiłem. Nie wywołuje we mnie już takich emocji jak kiedyś.
Aga za to ląduje w Krościenku z ogromnym bananem na twarzy.
Zrobiła wreszcie trasę, o której mówiła od momentu, gdy się poddała na Studzionkach dwa lata temu.
Jej psychika była dzisiaj zajebiście twarda. Nogi produkowały tyle wattów, że spokojnie wystarczyłoby na zasilenie małego sklepu z dopalaczami:) Dzień konia!
Gdyby nie ona, to na pewno nie chciałoby mi się tu dymać tyle kilometrów:)
A Teraz wam napiszę, że jeszcze wróciliśmy rowerami do NT i licznik pokazał mi 80km! Ciężko się jedzie po tak ruchliwej ( w większości bez pobocza) drodze 30km, ale lody na rynku rekompensują ten trud! POZDRO!