||

Czyli jak zakochać się w elektryku od pierwszego podjazdu.

W gąszczu kabli.

Sam już nie pamiętam jak to się zaczęło, ale wiem, że padła decyzja, żeby wypożyczyć elektryki i zobaczyć jak to będzie. Jak to będzie, gdy osoba, która nie trenuje, nie jeździ już dużo na rowerze, a właściwie to czasem pokręci się wokół komina, żeby się piasty nie skleiły poradzi sobie na górskim rowerze elektrycznym. Trzeba przyznać, że te rowery wpychają się do świata kolarstwa jak Pudzian z kulami na podest. Prawda jest taka, że w naszym wieku przy tylu obowiązkach, nie ma większych szans na regularny trening (a przede wszystkim na przyzwyczajenie zada i opóźnienie progu bólowego). Pamiętam jak lata temu otworzyli „ścieżki” w Bielsku i na podjazdach (gdy my już wtedy walczyliśmy na 1×1) mijali nas radośnie goście na tych wielkich rowerach, które właściwie przypominały małe motocykle. Nie widziałem na ich twarzach zmęczenia, tylko ten dźwięk silnika: eyeyyeyeyeyeyeyeyeyeyyyyyy. Brakowało typkom tylko ręki w kieszeni i kiepa wystającego z kącika ust. Myślałem wtedy, że to droga na skróty, że nigdy nie przesiądę się na to elektryczne gówno.

No dobra, ale konkrety bo zamulam:

  • Rowery wypożyczamy od endurotrails Bielsko- Biała
  • Rowery to Giant Reign E+2 2022 625WH baterie
  • Grube i duże te rowery, no i ta sztyca (myk myk).
  • koszt to 250zł od 9:00 do 19:00
  • Ja z Agą przekręcamy pedały na SPDy
  • Konradzio zostawia platformy OEM
  • Ustawiają rowery pod nas, szybkie szkolenie z obsługi elektryka i tyle.
  • Ważne, że trasa zaplanowana jak zawsze, czyli terenem na przełęcz Salmopolską
  • No i najważniejsze: pakujemy ładowarki do plecaków, ale zapominamy dętek (w sumie to ja, bo reszta ma generalnie na takie rzeczy wyje..ne).

PIerwsze wrażenia

Ruszamy w kierunku Koziej Góry i pierwsze wrażenia są niesamowite. Zupełnie inna geometria roweru, koło mocno z przodu, silnik faktycznie słychać, opony ogromne, ale to jak się tym jedzie jest REWELACYJNE. Rower waży z 25 kg, a zupełnie tego nie czuć, coś pięknego. Bawimy się trybami wspomagania, jak młody pies pchłami. Tu cyk turbo tam cyk turbo i rower wyrywa się sam pod górę. Już po tych kilku kilometrach wiedziałem, że to jest to. Jechałem i śmiałem się do siebie, jakbym był z powrotem pierwszy raz gdzieś i odkrył coś wspaniałego. Mało rzeczy w tym wieku już na człowieku robi duże wrażenie, ale ten moment wtedy to było coś. Zresztą każdy z nas wyglądał podobnie. Śmialiśmy się, że z powrotem mamy po 20 lat i stalowe łydy. Ale nie dajcie się zwieść, rower sam nie jedzie, trzeba jednak pedałować.

Na Szyndzielnie docieramy bardzo szybko (po 6km i 600m w pionie). Kierunek Błatnia i zjazd czerwonym szlakiem do Brennej .
W Brennej małe podsumowanie:

  • Zgubiliśmy mapę (no tak, wtedy używało się papierowych, więc kupujemy nową, tylko razem premium, bo laminowana).
  • No dobra mordo, ja zgubiłem, żeby nie było.
  • Za nami 18km i 800m w pionie, rowery jadą w dół po wszystkim, to moje pierwsze wozidło z takimi kołami, ale 29 x 2,6 cala mówi samo za siebie.
  • kierunek > Przełęcz Salmopolska przez Kotarz

Po 31 km (1500 w pionie) docieramy na Salmopol i tu mały zonk, bo plan był taki, żeby polecieć przez Malinowską Skałę na Skrzyczne, ale okazuje się, że wydoiliśmy baterie do jednej kreski z pięciu (czyli zostało pomiędzy 0 a 20%). Jako, że przewidziałem taką sytuację, to wzięliśmy ładowarki (dość duże i ciężkie, ale wg specyfikacji ładują baterie w godzinę do 60%) ze sobą i dzięki wspaniałym właścicielom Gospody na Salmopolskiej podłączamy rowery i odpoczywamy jedząc pyszną strawę i popijając kawusię. Konradek nie byłby sobą, gdyby nie zagaił owej Pani z Gospody. To nam powinno wystarczyć, żeby wrócić przez Beskid Węgierski na Szyndzielnie.

Docieramy na Szyndzielnię, bolą nas dupska, strach siadać na siodełko 🙂 Generalnie stąd zostały same zjazdy ścieżkami do wypożyczalni. Tyle w teorii, bo po pierwszej ścieżce łapie kapcia (tak nie mamy dętki) i musimy się rozdzielić. Ja po największym spadku zbiegam, żeby nie uszkodzić obręczy i opony, a Aga z Konradkiem zjeżdżają na dół. Potem sami nawet nie wiedzą, którędy jechali. Natomiast moja skromna osoba pojawia się tuż przed zamknięciem endurotrails (a i tak pod koniec już wsiadłem i stojąc nad kierownicą jechałem na turbo, bo przebite było tylne koło). Tyle miałem ze zjazdów, na które czekałem cały dzień.

POdsumowanie

Zrobiliśmy ponad 50km i ponad 2000m w pionie. Niech teraz ktoś bez przygotowania kondycyjnego wsiądzie na rower górski i zrobi taką trasę. No nie uda się. Rower elektryczny daje nowe możliwości, daje ponownie radość osobom, które z różnych powodów już nie jeżdżą na zwykłych rowerach. Daje radość tym, którzy chcieliby zacząć swoje przygody z górami w górach czy gdziekolwiek indziej. Pierwsze uczucie pod górkę i to jak silnik pomaga (wyciąga Cię) jest wręcz niesamowite. Potem każdy kto wsiadł przy mnie na pierwszy podjazd miał podobną bananową michę co ja. Na tą chwilę ograniczeniem jest pojemność baterii, wytrzymałość „tyłkowa”, no i oczywiście kwestie finansowe.

  • Beskid Śląski zawsze w formie, zresztą Koduś też
  • Dystans: 53 km
  • 2100m w pionie
  • Trasa kozak gwiazdek **** na 5
  • Wybecalowałem 20 ziko za dętkę
  • Straciłem zjazd na koniec

I tak oto wiesz już jak zakochaliśmy się w ebike od pierwszego podjazdu, wcześniej go nienawidząc (przynajmniej ja).

To co? Do następnego lub do zobaczenia na szlaku!

BONUSIK

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *