(…)”Bardzo mu jednak śpieszno było, więc zamówił konia.” Co za sympatyczna sytuacja. Konisie (tak Aga nazywa te kopytne ssaki roślinożerne) nie bały się podejść do nas i nawet dawały się głaskać. Rewelacja. Z drugiej strony, trzeba było się mocno wychylać, by nie dostać pastuchem po kolanach.